..
Blog Oli Taistry

99 | 118462
 
 
2009-08-24
Odsłon: 1589
 

Wakacje cz.I

Zakręt w prawo, zakręt w lewo, chwila prostki, i powtórny zakręt w prawo i w lewo… Uff!
Patrząc w klawiaturę laptopa zastanawiam się, czy nie poprosić Sebastiana o zatrzymanie samochodu… Kocham tę krętą drogę z Rodellaru do Barbastro. Na przednim siedzeniu pasażera spoczywa Łukasz W., który pomimo że chwycił odrobinę „pigmentu” (przez ostatni tydzień pobytu w ES), teraz również wygląda trochę blado ;))) Ściskając nerwowo, jeszcze nie rozpakowane ciacho - „Magdalenkę” zastanawia się zapewne, czy zdąży na powrotny samolot do domu. Jak dla mnie to mógłby nie zdążyć ;) Szczególnie, że współpraca coraz fajniej nam się układa :) Jednak od początku, bo to od czego zaczęłam, jest właściwie następstwem tego, co działo się przez ostatnie 1,5 miesiąca, tak więc zaczynam. 

Z początkiem lipca odwiedziłam fantastyczny sektor, bardzo popularnego rejonu Osp, o którym wcześniej jedynie dużo słyszałam. Otóż Wielka Ściana kojarzyła mi się wyłącznie z lekko przewieszoną płytą i mega technicznym wspinaniem. A tu proszę! Przepiękna i zupełnie nie pasującą do Ospu gigantyczna Jama z dyndającymi sopelkami, na których jak się zmęczysz, to sobie zrestować możesz. Niestety wytrzymałości nie było na tyle wystarczająco , a mojego partnera (jeszcze wtedy) eliminowały mocne przewieszenia, więc na czarne i przewieszone okapy mogłam sobie jedynie popatrzeć. Korzystając z okazji, podczas wspinu w Grocie poprowadziłam kilka łatwiejszych dróg do 7b+ OS biegnących w lewej części sektoru. Perspektywa wspinu w kolejnych rejonach włoskich i hiszpańskich zapowiadała się apetycznie, więc szybciutko przewspinałam kilka innych, zaplanowanych linii i ruszyliśmy z Sebastianem dalej. Przemieszczenie się do nowego kraju nie zajęło nam wiele czasu (aż 5 min. z Ospu:) Natomiast zbyt wiele zajęła nam droga do Arco… GPS dał ciała, a może osoba, która go nastawiała? ;)  

Po przyjeździe do Arco okazało się, że w Massone nie mamy czego szukać (dzikie tłumy w sektorze były porównywalne z zatłoczonymi uliczkami miasta, najśmieszniejsze że wszyscy mówili w języku germańskim :) )
Na domiar złego w Terra Promessie panował ukrop nie do zniesienia, więc jedynym sensownym rozwiązaniem było udać się na szaleństwo lodowe :) Po kilku dniach akomodacji, nakierowani przez Gacka trafiliśmy do Grotosauro i Lagoli (co okazało się być genialną alternatywą dla popularnych sektorów). Chłodem w mini grotach wiało, Sebastian zaczął swobodniej ruszać nogą, a plan i motywacja jak zawsze były idealne i właśnie wtedy coś musiało nie zagrać…
Jak chińska tradycja głosi, po każdych 90 dniach następuje efekt każdego zdarzenia. Hm… Spoglądając w kalendarz dokładnie 3 miesiące wstecz wypruwałam sobie żyły w Margalefie walcząc (dosłownie) o przetrwanie! Na efekt jak widać trzeba było poczekać jedynie 90 dni. Efekt, czyli kłopoty ze zdrowiem, na które w danym momencie absolutnie leku nie posiadałam :) Spustoszenie będące wynikiem wcześniejszej, nadmiernej eksploatacji wyłączyło mnie z aktywnego wspinania na dobre 3 tygodnie. Wszystkie ambicje momentalnie zostały odsunięte na bok, a walka z dochodzeniem do siebie była cięższa niż bym sobie mogła to wyobrazić. Śmiało mogę to przyrównać do biegu pod górkę po piasku… z 10 kg odważnikiem podwieszonym do tyłka. No nic! Zaakceptowałam problemy natury zdrowotnej i starałam się postępować zgodnie z zaleceniami dr. zdrowy rozsądek. Kilkanaście dni pobytu w Arco doprowadziło Sebastiana do bardzo dobrego stanu, a mi pozwoliło zdystansować się do wszystkiego wokoło. Kiedy dołączył do nas Gacek, zapomniałam o smutach, no bo przy nim smucić się nie da! :) Z kilkoma drogami do 7c+ włącznie, opuściliśmy „włoskie miasto” i udaliśmy się do ES, co napawało mnie wielkim optymizmem.

Mając w zanadrzu długi okres wspinania w Rodellar, zdecydowaliśmy po drodze zahaczyć o dziewiczy (dla nas) Terradets. Ponieważ dużo dobrego słyszeliśmy o sektorze Bruixes, postanowiliśmy tam zajrzeć (pomimo że absolutnie nie nadaje się na okres letni!) W przeciwieństwie do poleconego nam przez Jacka sektoru – Regina, 15 minutowy spacerek do Bruixes nie męczył tak jak 45-minutowa wydyma do nowego sektoru Regina. Kilka dni spędzonych w sektorze zimowo-jesiennym wzmocniło mnie na maksa. Walka z prześciskami w promieniach lipcowego słońca była bardzo wartościowym doświadczeniem :))) Gdybym miała poświęcić ten odc. na opis letniego wspinu w sektorze Brouix z pewnością zatytułowałabym go: „Holiday on ICE”, bo śliskość skały przebija wszystko, co dotychczas widziałam.
Wspin w nieznanej szerszemu gronu Reginie okazał się być idealnym strzałem jak na ten moment w sezonie. Podobnie jak w Bruixes: tufy , tufy i jeszcze raz tufy, które na dobre przypomniały mi, czym to się je. Przede wszystkim klinowaniem :)))) Obdarte do krwi kolaniska i ozdobione siniakami nogi ukazywały, że nie daję za wygraną ;) Kilka spalonych OS’ów na 7c i 7c+ odrodziło we mnie wolę walki. a szybkie RP na 8a-8a+ i 7c+ OS dało nadzieje na lepszą przyszłość . Kiedy ja byłam już myślami w Rodellar, Sebastian rozkręcił się na maksa w Terradets. Nie do wiary, nie ten Wutke!!! Sukces na 8a+ OS, jak również ogromna powtarzalność na drogach 7c+, 8a OS (dosłownie) dodały mu skrzydeł.
Po fantastycznych bojach wspinaczkowych i wybierającym trekingu :) czekało na nas jeszcze lepsze plumkanie w pobliskim jeziorze. Hm... a może powinnam zatytułować bloga „Wakacje pod gruszą” ? :) 

Tymczasem spoglądam na zegarek i ojjjj... Nie wiem, czy Łukasz nie zostanie z nami dłużej w Rodellar :) 


Pozdrawiam :)



 
 
 
KOMENTARZE
 
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
ZAPISZ
 


Archiwum wpisów
 

Pn

Wt

Sr

Czw

Pt

So

Nd