..
Blog Oli Taistry

99 | 118468
 
 
2009-09-18
Odsłon: 1092
 

Wakacje cz.2

Ściski w skale, ścisk pod skałą. Przepełniony samochodami różnych rejestracji świata parking i droga dojazdowa prowadząca do maleńkiego, hiszpańskiego miasteczka. Szalone tabuny wspinaczy. Hiszpańska melodia a’la Gipy Kings rozbrzmiewająca w dolinie, dla laika nie do odróżnienia z tą prawdziwą Gipsy Kings. Roznegliżowana pupa nie krępującego się turysty przy każdym rzecznym zakręcie. 40- metrowe monstra Surgencji i fantastyczne okna Ventanasu. 
Jeszcze dwa lata temu nigdy bym nie przypuszczała, że tak chętnie będę tu wracała. Tu, czyli do Rodellaru :)
Ostatnie dni w Terradets były dla mnie istną męczarnią. Troszkę ciepło, troszkę za... i ta drążąca mi dziurę w głowie myśl o Piscinecie. Starałam się się być cierpliwa, choć słabo mi to wychodziło. Wbiłam sobie do głowy fakt, iż ma to swój cel. Po decyzji opuszczenia Terradets, postanowiliśmy na moment zatrzymać się w Bielsie. Całodniowy pobyt w samochodzie i poszukiwania rejonu zmęczył mnie i Sebastiana wystarczająco, aby udać się direct do Rodellaru. Na szczęście, bo dłuższego rozdrabniania się bym nie zniosła. Tak! Koniec rozdrabniania! To było moje motto, moje mocne postanowienie w momencie pojawienia się w Rodellar. Choć pierwsze tygodnie wciąż wyglądały w moim przypadku jak wcześniej wspomniane „rozdrabnianie”, zdecydowanie nie było nim. Miały przynieść już wkrótce zamierzony efekt. Jedyne, czego potrzebowałam, to CIERPLIWOŚCI!

W związku z brakiem Sebowskich planów w Pisciniecie, ustalone zostało, że wspinaczkę w sektorze rozpocznę dopiero we wrześniu, kiedy dojedzie do mnie Jozo. Jednak mieliśmy początek sierpnia, a mnie nic innego jak tylko Cossi nie interesowało!!! Wspinane w Surgencji i fantastycznym Ventanasie niestety nie dawało mi pełnej satysfakcji. Wymagające linie w dachu Cuevy de los Cazodores, pomimo że robiły za „bazę”, również nie napełniały mnie radością. Po raz pierwszy od czasów Power Play’a przestało mnie interesować wszystko, co wspinam obok mojego projektu głównego. Ciężka Florida (mocne 8b+ lub nawet 8c), atletyczny Maskoking (8b+) i wszystko inne, w co się wstawiłam, było bardziej „przetrwalnikiem” dla mnie niż wspinaniem samym w sobie. Moje myśli krążyły jedynie wokół jednego - Cossi fan Tutte. 
Podczas jednego z pierwszych restów, z wypakowanym po brzegi plecakiem szpeju udałam się na rekonesans do Piscinety. Ciągnąc za sobą dwóch znajomych ze Śląska pokonałam dobrze znany mi odcinek wodno-lądowy w najlepszym dotychczas czasie ;) Plecak z zawartością skryłam w tajemniczym miejscu, aby po 2 tygodniach móc skorzystać z zawartości. Przy okazji sama mogłam jedynie podziwiać wspinającego się po Cossi Portugalczyka, Miguela.  
Wspinanie dzień za dniem w Ventanasie, Cuevie i Surgencji zaczęło mnie powoli katować psychicznie. Zrażony po ubiegłym sezonie podróżą pontonem Sebastian, wreszcie dał się przekonać. Miałam sporą nadzieję, że Wutke wbije się w którąkolwiek drogę RP, abyśmy mogli odwiedzić basenik jeszcze kilka razy przed nadejściem września. Przy pierwszych odwiedzinach Piscinety Sebastian poprowadził Adios Pepito (8a OS ), ja natomiast złapałam mocną motywację do zrzucenia kilku kilogramów... gdyż bulderowy odcinek w Cossi (R2) uległ tego lata dość silnej erozji (bynajmniej nie naturalnej)!  
Kilka dni później przesiadując na El Puente i analizując aktualne toposy, uświadomiłam sobie, że Cossi po zeszłorocznych obrywach uległo podwyższeniu wyceny do 8c+! Nie wiem, czy ów fakt zmotywował mnie, czy aby nie spiął? 
Kiedy Sebastian złapał wiatr w żagle i sukcesywnie realizował się w wymienionych sektorach prowadząc kilkanaście wartościowych dróg we wszystkich stylach, ja rozpoczęłam analizę 55-metrowego odcinka skalnego, rozkładając go na części, czyli: ruchy, wpinki, resty, itd. Wystarczyła jedna wstawka, aby ciało przypomniało sobie większość zeszłorocznych trików. Niestety trzeba było większej ilości prób w drodze, aby móc wrócić do zeszłorocznej „pewności siebie”.
Ze względu na panujące w Hiszpanii upały do 37 stopni, miałam silny argument, aby przekonać Sebastiana do kolejnych odwiedzin Piscinety. Cudownie, bo spodobało mu się!
Kolejna już, trzecia wizyta pozwoliła Sebowi poprowadzić przepiękną Sur la route de Madison 8b+ RP. Ja wstawiłam się w Cossi z zamiarem uporania się z jej najtrudniejszym odcinkiem. Niezwykle zmotywowana czułam się na siłach aby tym razem pokonać crux, szczególnie że wcześniejsze wstawki poświęciłam na przypomnienie sobie górnego partu... 

Na wejściu w 8c+, czułam się świetnie. Wchodząc w systematycznie zrzucający mnie rok wcześniej odcinek drogi, tym razem wiedziałam wszystko: gdzie postawić nogę, gdzie położyć rękę, jak ustawić ciało. Nawet nie wiem w którym momencie spadłam...
...tuż przede mną spadło coś, co w kolejnych tygodniach jeszcze bardziej skomplikowało postać rzeczy. Emocje wzięły górę. Wisząc bezczynnie przez 15 minut w połowie ściany z oczu lało mi się jakbym moment wcześniej cebuli napchała sobie do nosa! Nieeeeeeeeeeeeeee! Nie byłam w stanie wykonać przechwytu, bez świeżo urwanego przez siebie chwytu wielkości piłki ręcznej...
Chwilę później nieznajomy Amerykanin oznajmił mi, że sam spreparował nieco drogę o tyle, że nie na wejściu w crux, ale na jego końcu! Dla małej Polki było i jest to kolejne, nie lada utrudnienie…







 
 
 
KOMENTARZE
 
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
ZAPISZ
 


Archiwum wpisów
 

Pn

Wt

Sr

Czw

Pt

So

Nd