3 w 1
Ze względu na spore zaległości blogowe , postanowiłam w dzisiejszym odcinku poruszyć kilka bardzo zaległych wątków mojego życia wspinaczkowego, czyli stworzyć informacyjną Nescafe 3 w 1.
Okres majowy już dawno odszedł w zapomnienie, postanowiłam jednak wspomnieć co nieco na temat dla mnie dość istotny , a nawet bardzo przełomowy (mentalnie) w mojej karierze wspinaczkowej. Mowa o mojej krótkiej, lecz bardzo intensywnej przygodzie sulovskiej. Mało komfortowo obite skały słowackie , a przede wszystkim styl wspinania jakie wymuszają stanowiły przez moment moje zauroczenie. Tak naprawdę, to wszystko przez plan wspinania w Tatrach. W celu przygotowania się pod kątem wspinania na Mnichu, postanowiłam wzmocnić psychę … i tak oto Sulov pochłonął mnie doszczętnie. Przeciągnięta przez Joza po klasykach słowackiego zlepieńca, przekraczałam własne bariery psychiczne. Początkowo było ciężko uporać się z bardzo skąpo asekurowanymi VII -. Po jakimś czasie 5, 7, 10- metrowe odległości miedzy punktami asekuracyjnymi , a raczej zardzewiałymi koluchami, przestały tak bardzo mi przeszkadzać, lepiej- zaczęły mnie „kręcić” ! Świadomość , że odpadnięcie grozi sporym obtłuczeniem, lub połamaniem się , spowodowały że w moim umyśle zagościło coś , co ciężko mi nazwać. Absolutnie nieznany mi wcześniej stymulator był niezwykle silny. Szaleństwo? Brak rozwagi, a może- umiejętność koncentracji na znacznie wyższym , niż dotychczas poziomie i pełna świadomość tego, co może się wydarzyć po odbytym locie? Nie wiem. Wszystko co miało wtedy miejsce , było dla mnie niesamowite, ponieważ wcześniej nigdy bym się na cos podobnego niezdecydowana. Próbowałam także swoich sił na niezwykle wymagającym filarze wycenionym na X , jednak prowadzenie dróg z serii : VII, VIII+ ,czy IX- z magicznymi „odlezami ” sprawiło mi dużo więcej frajdy i bardziej mnie zabsorbowało , niż walka w bezpieczniej asekurowanej ekstremie. Ostatecznie rozpracowanie śliskiej jak cholera -rysy , eliminacja strachu i oddychanie - w najbardziej regularny sposób jaki dotychczas oddychałam ;))) przyczyniło się do pokonania najbardziej stresogennej w moim życiu 7b+ . Co tu dużo pisać, wiedziałam ,że odpaść mi nie wolno…
11.07 Sebastian zabrał mnie z SK do oddalonego o 400km Adlitzgraben. Może i dobrze , bo kto wie czy moje małe szaleństwo nie posunęło by się za daleko ;))) Kontuzja kręgosłupa Sebastiana wymagała odpowiedniego doboru dróg i bardzo uważnej asekuracji. Nie chcąc oddawać SW w cudze ręce , kolejne 5 dni wspólnie wspinaliśmy się po pionikach. Mając wciąż naiwną w perspektywę wspinaczki w Tatrach kierowałam wzrok na wszystko co wielowyciągowe. Efektem tego było poprowadzenie kilkudziesięciu nowych dróg do IX- OS.
Ostateczny termin przedwakacyjnej wizyty w Moku zbliżał się szybkimi krokami. Niestety informacje od wspinaczy zakopiańskich nakazywały mi rozmyślać zdroworozsądkowo, tym bardziej że podejściowe brodzenie w śniegu jest dla mnie czarną magią. Pomimo wszystko nie dawałam za wygraną , aktywnie analizując prognozę pogody w Zakopanym i dręcząc lokalnych pytaniami o warunki. Dnia 21.06 przestawiam swoje myślenia o 180- stopni, a ambicje skierowałam na zupełnie inny tor, tj. Słowenia, Włochy i Hiszpania. Początkowo ilość ,ilość i jeszcze raz ilość. Następnie jakość. To wszystko co za moment miało mnie zaabsorbować na tyle mocno , abym zapomniała o niezrealizowanej, wielowyciągowej wspinaczce w MOKu.
PS. Kilka tygodni później przebywając w jednej z kawiarenek Arco, popijając włoskie espresso i pisząc ów odcinek bloga zastanawiałam się jak zareagowałby typowy Włoch na kubek polskiej pseudo kawy - 3 w 1 . Dopiłam mała czarna i nim się obróciłam, a już zagościłam w hiszpańskim Terradets. O tym i nie tylko w kolejnym odcinku bloga.